wtorek, 27 marca 2012

Cycling like a crazy.

Einstein był jednak geniuszem. Jeszcze większym niż kiedykolwiek mogłam przypuszczac. Dziś, zupełnie nieoczekiwanie i z zaskoczenia usłyszałam zdanie, z którym absolutnie i w stu procentach się zgadzam, podpisuję ręką, nogą, uchem. Takie moje małe nowe credo. Wygooglowałam. I okazało się, że to sam Pan Albert powiedział. Panie Albercie chapeau bas!



Life is like riding a bicycle. To keep your balance you must keep moving.

 

Tę prawdę najprawdziwszą odkryłam już dawno, ale nie potrafiłam jej ując w tak celną i fantastyczną metaforę. To jest właśnie to. Kiedy zwalniam zaczynam się przewracac, wpadam w doły i dołki, zjeżdżam na boczne tory. Za to jak już nabiorę odpowiedniego tempa i obiorę właściwy kierunek mogę jechac długo i szybko (nawet pomimo strasznego wiatru w oczy! and I mean it.). That's the way it is! W dodatku kocham jeździc na rowerze!
Teraz akurat trochę pod górkę, francuskie wyboje, ale wciąż do przodu. I coraz szybciej. Szybciej, szybciej. Tak tylko chciałam się podzielic tą krótką refleksją. Małą dygresją. Teraz wybaczcie, muszę pedałowac dalej, jutro kolejny dzień, a ja już padam z nóg. Keep cycling! <3

piątek, 23 marca 2012

Summer au pair

Hola chicos&chicas!
To co się dzieje za oknem przerasta moje najśmielsze oczekiwania. Promienie słońca wdzierają się ukradkiem przez drzwi balkonowe. Ja i pies siedzimy zalani tą ciepłą falą mrużąc oczy. Lubię piątki! Wolne piątki. Weekend start. Czas na przegląd roweru!
Kilka zdjęc z zeszłego tygodnia - mojej tradycyjnej comiesiecznej wycieczki do Krakowa (psst. powrót pełen wrażeń jak zwykle zapewniony przez PKP - 2 godziny postoju w polu gratis <3):
 Krakowskie podróbki les macarons. Nie taaaaak dobre, ale też niczego sobie.

Leniwa niedziela. Cudowna niedziela.

***
Dostałam bilety do Lyonu, więc oficjalnie  i nieodwołalnie klamka zapadła. Cieszę się strasznie. Choc mam wrażenie, że to za całe lata świetlne. 
Poza tym już od dawna myślałam o tym, żeby założyc bloga poświęconego SUMMER AU PAIR. Całkowicie i tylko temu. Zebrac wszystkie najważniejsze informacje, wskazówki. Temat au pair w Polsce zdaje się przybierac na silę, albo tylko takie odnoszę wrażenie. Popularnośc wzrasta. Ciągle też pojawiają się dziewczyny, które zaczynają maglowac wciąż te same podstawowe tematy od początku, zaśmiecając forum. Jak na razie to takie moje mrzonki, myśli, pomysły. Co o tym sądzicie? 


środa, 14 marca 2012

Gdzie mnie licho w lato poniesie?

Miłabyc Hiszpania i szlifowanie hiszpańskiego. Nic z tego nie wyszło. Znów całym sercem i rozsądkiem postawiłam na Frację, choc dzięki temu i tak zyskałam choc odrobinę Katalonii! Przechodząc do rzeczy - znalzałam (enfin!) host rodzinę na wakacje, żeby po raz kolejny zostac une jeune fille au pair we Francji.
Sądzę, że po raz ostatni, gdyż plany na wakajce 2013 już układają mi się w głowie, ale.... nigdy nie mów nigdy.

Rodzina wydaje się byc bardzo sympatyczna. 3 dzieci, ale docelowo ja będę się zajmowała dwoma dziewczynkami, lat cztery i sześc. Sporo godzin pracy, ale też zarobki fajne, no i fundują mi podróż. To będą wakacje na walizkach, zdecydowanie. Mobilnie i intensywnie. Dlaczego?
Otóż właściwie co tydzień, ewentualnie dwa będziemy zmieniali miejsce zamieszkania. Brzmi nieco przerażająco, ale też bardzo ekscytująco.
Oto mój plan na wakacje w obrazkach:

 Lyon
.
Metz
.
Saint Tropez
.
Grecja
.
Kreta
 .
Barcelona

 ,
Mam nadzieję, że w tym roku uda mi się w miare regularnie prowadzic bloga i zdawac relacje z kolejnej au parskiej przygody. 
Tak, teraz mając plany na wakacje mogę spokojnie studiowac :) No może nie do końca spokojnie, ale przynajmniej już mnie tak nie nosi. Muszę jeszcze tylko przemyślec gdzie pojechac we wrześniu. Marzy mi się taki mały euro-trip, mais on verra. Z mojej listy must-see 2012 pozostanie jeszcze Amsterdam!
Tymczasem wybywam do Krakowa.
Je vous embrasse!

poniedziałek, 12 marca 2012

żyrardowskie perełki

Miałam ostatnio okazdję odwiedzic Żyrardów - miasto słynące z budynków robotniczych, dawna osada fabryczna. Przejście się ulicą ceglanych czynszówek raz czy dwa robi wrażenie, ale zdecydowanie nie chciałabym oglądac ich na codzień.

piątek, 9 marca 2012

un petit bonheur

 Brat cioteczny numer trzy, dni trzy. Takie to małe, słodkie, kruche i niewinne. I mruży oczy jak kot. Osobiście się zakochałam.


czwartek, 8 marca 2012

Małe radości i większe smuteczki.

Bene! Znalazłam rodzinę, jakkolwiek absurdalnie by to nie zabrzmiało. Dach nad głową na wakacje. I muszę powiedzieć, że nie jest źle! Będzie to lato bardzo intensywne i baaaardzo na walizkach, ale czy nie o tym zawsze marzyłam?  No może nie dokładnie o podróżowaniu z dziećmi (i to nie swoimi!) na głowie, ale zawsze jest to ciekawsze niż spędzenie lata na nicnierobieniu tudzież dorabianiu w call center <o zgrozo!>. Zaproponowali mi bardzo fajne warunki. No i pozostanie mi cały wrzesień na jakąś wyprawę w nieznane. Wczoraj rozmawiałam z moją przyszłą host rodziną, a właściwie głową rodziny przez 15 minut ustalając szczegóły mojego przyjazdu. Teraz czekam tylko na potwierdzenie i mój bilet. Mam nadzieję, że wszystko dojdzie do skutku i wtedy podzielę się szczegółami. 

Wciąż niedzielny spacer.


Poza tym wszystko jakoś nagle zaczęło się składać i układać po mojej myśli. Słońce świeci. W końcu kupiłam karnet na fitness, dzięki czemu mam zakwasy non stop od tygodnia, ale co za satysfakcja! Przeszłam pomyślnie przez rekrutację do organizacji studenckiej, na której bardzo mi zależało i zaliczyłam test z całego półrocza z gramatyki francuskiej.  I inne takie mniejsze i większe radości.
Jakże czeka mnie weekendowe wyłączenie z życia – szkolenia, spotkania, wyjazdy, biorę się za fonetykę, i pozostawiam was z filmem, na który trafiłam dziś rano. Bardzo silnie pragnę wierzyc w to, że cała akcja nie przeistoczyła się w komercyjną propagandę, bo korzenie miała szczytne. Tak czy inaczej uważam, że warto poświęcić chwilę na zgłębienie tematu, a przynajmniej pół godziny na obejrzenie tego filmu - Kony 2012 i zapoznanie się z tą stroną InvisibleChildren.


niedziela, 4 marca 2012

Oznajmic pragnę nadejście wiosny!

Cały weekend spędziłam w gronie rodzinnym świętując nota bene dziewięcdziesiąte urodziny prababci. Ten niesamowity moment, gdy śpiewając 100 lat zdajesz sobie sprawę, że życzysz komuś jeszcze tylko/aż 10 lat życia. Życzenia więc szybko i zgrabnie przeskoczyły na dwusetkę, ale czy ktokolwiek chciałby życ 200 lat (nie mówię tu o sytuacji, w której proces starzenia zatrzymałby się w wieku lat osiemanstu). Już to dziewięcdziesiąt wydaje mi się ogromem czasu. Prawie wiek! Najgorsze w tym wszystkim jest to, że właściwie jedną trzecią tego czasu spędza się już w szufladce z napisem 'stary człowiek'. Nie wiem czy bym tak chiała. Tzn. tak długo życ. Chyba jestem jeszcze za młoda by zrozumiec tę radośc życia starczego (istnieje?). Niesamowite było tak jak bardzo babcia się wzruszła, gdy prawie cała rodzina - dzieci, wnuki, prawnuki (praprawnuczka w liczbie jeden, niestety nie dojechała) - zebrała się w końcu w jednym miejscu i to z okazji jej urodzin. Zapomniała o wszystkich codziennych sprawach, bólach głowy, bólach krzyża oraz innych bólach  i przez cały wieczór miała dosłownie łzy w oczach. Wesoła jak nigdy i wzruszona jak nigdy. Może to właśnie jest cała radośc życia staruszki - której męża tj. mojego pradziadka, nawet nie było dane mi poznac - patrzec jak dorastają jej prawnuki i praprawnuki, tudzież psuc sobie humor wybrykami wnuczek. W każdym razie życ życiem innych. Ja nie wiem, jako się w tej roli nie widzę. Choc gdy popatrzec na średnią wieku kobiet ze strony mojej mamy to niestety może mi grozic dożycie setki. Chyba muszę więcej palic, ech...

W tak zwanym między czasie niebo zdąrzyło się rozchmurzyc, a słońce wdzierac się we wszystkie ciemne szczeliny z wiosennym impetem. Nareszcie! Ileż można marznąc i trząśc się z zimna. Chodzic w butach białych od soli i w szaliku pod same oczy. Prrrimavera! No może jeszcze nie stu procentowo, ale chociaż sobie trochę pozaklinam, a co mi szkodzi. Poza tym, znalazłam bazie! Najprawdziwsze, tegoroczne, poniżej dowody. Z tym słońcem już jakoś wszystko lepiej wygląda. W końcu wzięłam się też za mojego Nikona i ustawianie ekspozycji. Mamma mia. Po roku użytkowania przechodzę na tryb manualny. Powinszowac... W dodatku jest spora szansa, że tegoroczne wakacje spędzę w Lyonie, z domieszką Korsyki lub Barcelony. Najlepiej! 





czwartek, 1 marca 2012

Dzień dobry, szukam rodziny.

Przyznaję, jestem uzależniona od skrzynki odbiorczej serwisu aupairworld . net.
Zaglądam do niej średnio milion razy dziennie łudząc się, że zobaczę kopertę z zielonym znaczkiem. To nie jest tak, żebym tych zielonych znaczków nie otrzymała już sporo. Wręcz przeciwnie. Z żadną jednak z tych rodzin nie udało mi się nawiązac bliższego kontaktu. Z żadną też nie 'zaskoczyło' tak jak powinno.
Stałam się wybredna, a może po prostu w tym roku bardziej wiem czego chcę i w co mogę się wpakowac. Odrzucam opcje typu 'uroczy domek pośrodku niczego', 'pokój dzielony z dwu latką', 'zajmowanie się dziecmi 7 dni w tygodniu' czy też 'no internet access'.



Albo po prostu w zeszłym roku miałam ogromne szczęście trafiając na moją cudowną paryską rodzinę. Oczywiście, że też mieli swoje wady, ale bez przesady. W sumie najbardziej uciążliwe było to, że nie miałam własnego pokoju. Moim pokojem od 22 do 7 rano był salon z ogromną rozkładaną kanapą. Mimo wszystko warto było poświęcic posiadanie własnego pokoju na rzecz Paryża. Poza tym udało mi się nawiązac z moją rodziną wspólny język. Naprawdę czułam się z nimi jak z rodziną. I jak z rodziną bywały lepsze, i te mniej dobre momenty i sytuacje (hormony kobiet w ciąży potrafią byc uszczypliwe!), ale generalnie byłam bardzo bardzo zadowolona. Na zdjęciach moja mała nénette.

Teraz natomiast szukam i szukam. Czasem wydaje mi się, że trafiam na profile idealne. Takie, które mi pasują i spełniam idealnie ich wymagania. Ładnie się produkuję, pisząc personalną wiadomośc i czekam, czekam, czekam... Zazwyczaj odczytują. Czasem dodają do ulubionych. Zapewne wybrali już kogoś ze 150 osób, które się zgłosiły. Ech . . . Innym razem hiszpanki, które ledwo posługują się angielskim i mylą im się miesiące, w związku z czym okazuje się, że powymianie kulkunastu maili i zdjęc jednak nie będziemy swoim matchem. Ech . . . Tracę cierpliwośc jednym słowem. Tu chcą prawojazdy, a tam grac na pianinie. Tu od czerwca, a tam na 12 miesięcy. Blablabla. Bardzo bym chciała już zabukowac bilet i cieszyc się wyjazdem w 'nowe nieznane'!

Wołam w eter!

Psst. Zastanawiam się czy ten nowy wygląd bolga jest praktyczny? Wygląda w sumie całkiem sympatycznie, ale sama się w tym trochę gubię. Co o tym sądzicie?

czwartek, 23 lutego 2012

Quelques rayons du ciel d’été.

Dopadła mnie nostalgia. 




Ah ben, ouais je me sens comme l'oiseau dans la cage. Platitude. Je sais, mais c'est vrai. Paris, il me manque trop.
Je me souviens les vacances et j'ai envie de pleurer.  Comme ma petite fille quand elle a voulu aller avec sa mère.
 La pauvre... moi dans ce cas.

























Moi avec un clochard parisien. Trop contente de mon malibu. Trop heureuse.

Je vous présente la maison de Spiderman. Vous pouvez la trouver a ile Saint Germain.
Passez-lui 'coucou' quand vous y seriez. 


Je voudrais vous recommander fortement cette chanson: A La Claire Fontaine (et aussi un film français qui s'appelle 'Il y a longtemps que je t'aime'). Eh ben. Dis-donc. C'est ça. Merci pour votre attention. Bonne nuit.

niedziela, 19 lutego 2012

Rome - tips&advices part 1


Ciao a tutti!
Rzym jest cudowny. Bez dwóch zdań. Ma swój niepowtarzalny klimat. Jestem nim zachwycona PRAWIE tak bardzo jak Paryżem. Nie mam zamiaru streszczac tu mojego wyjazdu, a jedynie chciałabym podzielic się z wami <moi wyimaginowani czytelnicy> kilkoma wskazówskami, wnioskami, radami dla podróżników oraz zdjęciami. Bardzo subiektywnie. Czasem z przymróżeniem oka. Jeśli to przyda się kiedykolwiek choc jednej osobie - będę bardzo szczęśliwa.

Dlaczego warto wybrac się do Rzymu właśnie zimą?

Ponieważ Rzym jest idealny na  taki 5 dniowy wypad w ferie zimowe. Po pierwsze, jest to wystarczający czas na poznanie wąskich uliczek, spędzienie wieczoru w klimatycznym bare, zorientowanie się we włoskich zwyczajach i poczucie klimatu wiecznego miasta. Luty to czas, w którym liczba turystów nie przytłacza, nie przygniata, nie sprawia, że mamy ochotę uciec jak najdalej. Nie oznacza to wcale, że ich tu nie zastaniemy. Są, owszem są, ale nie tak liczni, nie tak uciążliwi. Ponad to pogoda dla nas "ludzi z północy" jest bardzo przyjemna. Chocby nie wiem jaka zima stulecia nastała w Rzymie to i tak będzie tam cieplej niż w Polsce. Gdy przyleciałyśmy do Fiumicino zastałyśmy cudowne słońce. Pozbyłyśmy się natychmiast kurtek, zastąpiwszy je okularami przeciwsłonecznymi. Ja odczuwałam wiosenną euforię, która zazwyczaj nawiedza mnie w kwietniu. Prawdziwa primavera! 
Niestety nie trwała wiecznie, bo już następnego dnia  miałyśmy okazję obserwowac Koloseum w śniegu - takie cuda ostatnio zdarzyły się 27 lat temu. Nie było to jednak bardzo uciążliwe (biorąc pod uwagę nasze -20 stopni). Niespełna 3 centymetrowa wartswa wilgotnego puchu, który topił się w tempie błyskawicznym. Dla Włochów i turystów z Brazyli, Argentyny, Chile było to prawdziwe wydarzenie. Dzieci rzucające śnieżkami, szaleni kierowcy, którzy na zdając sobie sprawy z pojęcia "jazdy dostosowanej do warunków atmosferycznych". Te małe włoskie samochodziki, jak zbawki, sunęły z zawrotną prędkością po ośnieżonych brukowanych ulicach. Przyczepnośc bliska zero. W moich oczach groza.

Dodatkowym atutem wybrania się do Rzymu (lub w sumie jakiegokolwiek innego miasta europejskiego w okresie zimowym) jest możliwośc spotkania dużej ilości młodych ludzi z Ameryki Południowej, którzy urządzają sobie European Trip podczas swoich letnich wakacji. Tak więce jeżeli macie ochotę spotkac 'crejzi arhentino', nauczyc się piosenek portugalskich, spróbowac prawdziwej chilijskiej brandy (Pisco) czy też posłuchac opowieści o karnawale w Rio de Janeiro - nie ma lepszego czasu na podróże, niż zima!

Jak dostac się z lotniska do serca Rzymu?

My wylądowałyśmy na lotnisku Rome Fiumicino. Jest to nadmorskie miasteczko położone 40 minut od Rzymu. Lotnisko jest bardzo duże, jednak dobrze oznakowane. Jescze przed wyjazdem szukałam najkorzystniejszej opcji dojazdu z lotniska do stacji Termini. Ceny dojazdu wachają się od absurdalnych 15 euro (szybki pociąg) , po 3,9 euro w przypadku gdy mamy ochotę pokombinowac, wyskakiwac z pociągu reginanlego, żeby skasowac kolejny bilet itp. Najbardziej optymalna jest jednak opcja z transferem autokarowym - Terravision. Jest to nowa, międzynarodowa firma oferująca bardzo konkurencyjne ceny (przynajmniej na razie). W ten oto sposób zakupiłyśmy bilet w obie strony za 8 euro. Działają również na lotnisku Rome Ciampino oraz w innych miastach europejskich.


Gdzie zamieszkac? Jak się poruszac?
 
Początkowo zamierzałyśmy zatrzymac się u Couch Surferów. Ze względu na możliwośc poznania ciekawych ludzi i oczywiście obniżenie kosztów. Jednak z powodu pewnych komplikacji, w które nie chcę wnikac ten pomysł zupełnie nie wypalił.
Pozostała nam opcja z hostelami, które buowałyśmy właściwie na ostatnią chwilę (dzień przed wylotem). Jeśli chodzi o lokalizację - najwięcej hosteli znajduje się przy głównej stacji - Termini (gdzie łączy się cała komunikacja miejska, dojeżdżają pociągi spoza miasta). W sumie nie wiem jaki z tego pożytek, bo Rzym można zwiedzac chodząc, chodząc i jeszcze raz chodząc. Odległości pomiędzy 'atrakcjami turystycznymi' w najstarszej części Rzymu są tak niewielkie, a małe uliczki jest łączące tak urokliwe, że żal byłoby odmówic sobie spaceru. My z komunikacji miejskiej skorzystałyśmy 2-3 razy, np. jadąc do Watykanu, z którego i tak wróciłyśmy na pieszo, czy też wracając o 3 nad ranem do hostelu. 
Bilet jednorazowy, ważny 75 minut (w tym jeden przejazd metrem/pociągiem) kosztuje 1 euro. Można je kupic w automatach na stacjach metra. Są też bilety 3 dniowe, i tygodniowe, jednak nie interesowałam się nimi zbytnio.

Wracając do hosteli. Bookowałyśmy je przez stronę hostelworld.com (w momencie rezerwacji przelewamy 10% należności + opłata za rezerwację). Robiłyśmy to na ostatnią chwilę, dlatego też ostatecznie byłyśmy w 3 hostelach.
Pierwsze dwie noce pozostawiały wiele do życzenia (w 2 różnych hostelach). Począwszy od problemów z miejscem, przeciekającego dachu, zmienionej lokalizacji po brak ciepłej wody i kluczy do pokoju. Dlatego też, nie będę wymieniac ich nazw.
Trzeci hostel zdecydowanie zasługuje na pochwałę i wiąże się z najprzyjemniejszymi wspomniniami z Rzymu. Ciak hostel, bo tak się nazywa jest absolutnie feneomenalnym miejsce. Już w recepcji czuc przyjazną atmosferę i ducha integracji. Stuff jest bardzo pomocny i życzliwy. Pokoje czyste i zadbana. Oczywiście internet, ciepła woda, śniadanie etc. Dodatkowo w piątki i soboty wieczorem przygotowywana jest darmowa pasta dla gości. Cena za noc bardzo rozsądna i uczciwa. Może miałyśmy szczęście, a może jest tam tak zawsze, ale atmosfera w tym hostelu była fantastyczna. Wspólne gotowanie pasty, picie wina, granie w karty. Wspólne zwiedzanie i nocne wypady na miasto. Integracja międzykultuorowa i międzykontynentalna. Jakkolwiek górnolotnie i patetycznie by to nie brzmiało, to jeden z moich ulubionych elementów podróżowania.
Poza tym myślę, że Trastavere (Zatybrze) mogłoby byc równiez bardzo przyjemnym i klimatycznym miejscem na nocleg. Niestety nie ma tam zbyt dużej ilości hosteli.

Od czego zacząc przygodę z Rzymem?

Polecam serdecznie spacer po Rzymie z przewodnikiem. Trwa niespełna 2 godziny, a informacje są raczej bardzo ogólnikowe, ale warto go odbyc po to chociażby, żeby zorientowac się w topografii miasta, uzyskac ogóle pojęcie o tym gdzie jest wschód, gdzie zachód i na co należy zwrócic uwagę. Rome Free Tour zaczyna się o 17:30 każdego dnia (niezależnie od pogody) pod Schodami Hiszpańskimi. Przewodnik może nie był bardzo porywający, ale ten spacer pozwolił nam sensownie i z dużą dozą zachwytów  (nad widokiem fontanny di Trevi wieczorową porą)spędzic pierwszy wieczór w Rzymie, bez błądzenia palcem po mapie. 

Gdzie i co jeśc?

Będąc w Rzymie nie sposób nie spróbowac prawdziwej włoskiej pizzy czy makaronu. Ceny w barach, restauracjach, tavernach zależą głównie od lokalizacji. Miejsca nastawione na bogatych turystów, zostawiających duże napiwki charakteryzują się wrzeszczącymi, pełnymi energii kelnerami, spełniającymi doskonale stereotyp 'prawdziwego Włocha'. Przez nagłą ulewę zdarzyło nam się wstąpic do tekiego właśnie miejsca, na cappucino i teramisu. Wymuszona 'włoskośc' obsługi była jednak bardzo irytująca, a ceny wygórowane. Moim zdaniem warto wybrac się na luch na Zatybrze, gdzie turystów jest dużo mniej i dużo łatwiej znaleźc prawdziwie włoski lokal, w którym obsługuję zaborcza 'mamma' i jej, pozostający w cieniu, synek. Poza tym, jeżeli jesteśmy dysponujemy budżetem studenckim - warto jest pofatygowac się do pobliskiego supermarketu, gdzie wybór makaronów i sosów jest ogromny. Do tego kupic wino i urządzic wspólne gotowanie w hostelowej kuchni! Nikt nie przejdzie obojętny. Mówiąc o włoskich przysmakach nie sposób mnie wspomniec gelato - lodów słynnych na całym świecie. Najlepiej smakują w słońcu przy di Trevi!

 Dlaczego NIE należy kąpac się w fontannie di Trevi? 

Jeśli jesteś amatorem kina zakochanym w Fellinim, a Twoim największym marzeniem jest zanurzyc się w wodzie fontanny di Trevi niczym Sylvia i Marcello mam dla Ciebie złą wiadomośc. Taka przyjemnośc kosztuje 500 euro. I nie ma mowy o tym, by wykąpac się niepostrzeżenie w środku nocy. Jest to istne skupisko carabinieri, którzy bacznie obserwują turystów przez całą dobę. Mi dispiace.